Rynek

Jaguar E-Type
RYNEK: Upadek brytyjskiej motoryzacji
Były takie czasy, kiedy Brytyjczycy potrafili budować auta. Z perspektywy lat aż trudno w to uwierzyć, bo dziś po dawnym motoryzacyjnym imperium zostały garaże zapaleńców, historia oraz marki, które poza dziedzictwem z Wyspami nie mają zbyt wiele wspólnego. Biegu zdarzeń nie zmienimy, ale możemy przynajmniej powspominać, że rodacy Szekspira przez swoje znakomite konstrukcje dodawali kolorytu nudnej, niemieckocentrycznej rzeczywistości samochodowej.
Michał Urbański
Jako konsumenci i pasjonaci bywamy niesprawiedliwi dla motoryzacji. Wystarczy spojrzeć na utarte podziały samochodowego tortu. Niemieckie auta postrzegamy jako poprawne, japońskie jako solidne, francuskie jako dziwne, ale komfortowe, a włoskie – jako przyjemne dla oka, a mniej dla układu nerwowego. Gdzie zatem w tej układance miejsce dla Brytyjczyków? Nie ma jednej, standardowej kliszy dla wozów z Wysp. Czy to dobrze, czy niekoniecznie? Who not both. Z jednej strony można stwierdzić, że motoryzacja rodem ze Zjednoczonego Królestwa jest różnorodna na tyle, że próżno szukać jednego stereotypowego skojarzenia. Choć takie stwierdzenie nie mija się z prawdą, to błędnie zakłada, że ogół klienteli mocniej wsiąknął w świat aut produkowanych po drugiej stronie kanału La Manche. Ludzi po prostu nie obchodzą brytyjskie samochody, bo nie potrafią wrzucić ich do jednej szuflady. Społeczeństwo w tych czasach jest zbyt zajęte, by przejmować się autami, które nie potrafią same się sklasyfikować. Praca, robota na boku, joga, pilates, droga kawa z przelewu, terapia, medytacja, afirmacja, adaptacja – dużo jak na 24 godziny. I teraz masz jeszcze w zależności od preferencji poszukać sobie nowego auta w leasing albo jakiegoś klasyka, który spełni Twoje oczekiwania. Brytole odpadają w przedbiegach, ponieważ przez lata nie powstał wspólny pattern – coś, dzięki czemu pojawiłby się jakiś zakupowy impuls. Za taki stan rzeczy winą należy obarczyć wyspiarskich producentów, którzy mieli w garści złoty róg, a ostał im się ino sznur.
Druga wojna światowa właśnie się skończyła. Austriacki akwarelista załatwił się sam lub – jak chcą niektórzy – zdążył uciec do Argentyny, a alianci odprawiali swój taniec zwycięstwa. Problem w tym, że odbywał się on na zgliszczach, bo konflikt zebrał potężne żniwo – zarówno ludzkie, jak i infrastrukturalne. Wielka Brytania miała jednak sporo szczęścia, bo na tle kontynentalnej Europy została ledwie zadrapana. Jedni twierdzą, że to nasza, polska zasługa, inni – że pociski odstraszało wrodzone poczucie wyższości oraz aromat popołudniowej herbaty z mlekiem.
Dołącz do nas
Już dziś uzyskaj dostęp od bazy autorskich materiałów, którą codziennie uaktualniamy specjalnie dla Ciebie. Wybierz swój plan taryfowy.
kup subskrypcję