Ultrace

Tajemnice Club de Ultrace
ZA KULISAMI: TAM GDZIE KAŻDY DETAL MA ZNACZENIE
Tysiąc aut z całego świata, 7-osobowy zespół i 10 miesięcy przygotowań, podczas których nawet konflikt na Bliskim Wschodzie może pokrzyżować plany transportu
McLarena. To codzienność organizacji Ultrace – jednej z największych imprez motoryzacyjnych w Polsce.
McLarena. To codzienność organizacji Ultrace – jednej z największych imprez motoryzacyjnych w Polsce.
Kiedy 27 czerwca rano na Tarczyński Arena we Wrocławiu zaczęły zjeżdżać pierwsze auta, dla uczestników był to początek 2-dniowego święta motoryzacji. Dla naszego zespołu organizatorów był to z kolei finał 10 miesięcy intensywnych przygotowań, podczas których każdy szczegół, od 30-metrowego banera na stadionie po design koperty z zaproszeniem VIP, musiał być perfekcyjny.

Kalendarz szaleństwa
Paradoksalnie praca nad kolejną edycją Ultrace rozpoczyna się niemal natychmiast po zakończeniu poprzedniej. Już w sierpniu, gdy większość z nas dopiero wraca z wakacji, siadamy do planowania kampanii marketingowej na następny rok. Grudzień to moment prawdy – rusza sprzedaż biletów. Do tego czasu musimy mieć już zarezerwowany termin na stadionie (co wobec napiętego kalendarza wydarzeń sportowych bywa wyzwaniem samym w sobie) i przygotowaną pełną strategię komunikacji. Styczeń przynosi kolejną falę – otwieramy aplikację dla właścicieli samochodów. To nie jest zwykła rejestracja. Z uwagi na limity miejsc na esplanadzie i ambicję pokazania najciekawszych aut z całego świata każde zgłoszenie przechodzi selekcję. Równolegle startują rozmowy z wystawcami – od gigantów, jak Porsche czy Alpine, przez legendy tuningu, jak Rotiform, H&R czy BBS, po firmy technologiczne, jak CSF czy CTEK.
Diabeł tkwi w szczegółach
Współpraca z międzynarodowymi markami to zupełnie inny poziom organizacji. Kiedy Alpine zdecydowało się przywieźć Alpenglow – futurystyczny koncept napędzany wodorem – musieliśmy stworzyć odpowiednią oprawę dla tego wyjątkowego eksponatu. To nie jest kwestia postawienia namiotu i rollupa.



Współpraca z międzynarodowymi markami to zupełnie inny poziom organizacji. Kiedy Alpine zdecydowało się przywieźć Alpenglow – futurystyczny koncept napędzany wodorem – musieliśmy stworzyć odpowiednią oprawę dla tego wyjątkowego eksponatu. To nie jest kwestia postawienia namiotu i rollupa.


HFMSTRS, legendarny oddział BMW zajmujący się klasykami marki, jeszcze wyżej podniósł poprzeczkę. Przywiózł dwa BMW V12 LMR, w tym zwycięski egzemplarz z Le Mans 1999, oraz E46 GTR Strassenversion. To ostatnie to prawdziwy jednorożec świata motoryzacji – wyprodukowano mniej niż 10 sztuk tylko po to, by homologować wersję wyścigową. Transport i zabezpieczenie takich aut to operacja godna heist filmu.
Proces konsultacji każdego stoiska zaczynał się miesiące wcześniej. Rendery 3D, plany zabudowy, specyfikacje elektryczne, wymogi bezpieczeństwa – każdy detal musiał być dopięty. Firmy tego kalibru nie pozostawiają niczego przypadkowi, a my musieliśmy sprostać ich standardom.
Logistyka na poziomie F1
Transport rzadkich samochodów to operacja wymagająca miesięcy planowania. Mapa logistyczna Ultrace wyglądała jak plansza strategiczna – pięć aut płynących kontenerowcami z Japonii, konwoje specjalistycznych lawet z Wielkiej Brytanii, transport z Włoch, a do tego specjalnie z Kalifornii Mercedes-AMG w specyfikacji Raw Spec.
Czasem, niestety, pojawiają się nieprzewidziane komplikacje, jak w przypadku McLarena 650-KS Sultana al-Kasimiego. Powód? Eskalacja izraelsko-irańskiego konfliktu sparaliżowała część połączeń cargo na Bliskim Wschodzie. Alternatywne trasy, dodatkowe dokumenty, zmiana przewoźników to chleb powszedni w tym biznesie. Na szczęście wszystko dotarło na czas.




Każdy z transportów to osobna historia. Chrome Cars, kolekcje HFMSTRS – wszystko przewożone przez kierowców, którzy transportowanie bezcennych aut mają we krwi. Podczas rozmowy z jednym z nich dowiedziałem się, że jest na emeryturze. Wcześniej woził bolidy dla zespołu F1 Mercedesa. „Te wasze auta są łatwiejsze” – żartował – „przynajmniej nie muszę się martwić o to, że ktoś będzie je rozbierał i składał w środku nocy przed wyścigiem”. Specjalistyczne lawety z systemami pneumatycznymi, regulowaną wysokością załadunku, kamerami monitorującymi każdy centymetr przestrzeni ładunkowej to standard. Tyle że nawet najlepsza technologia nie zastąpi doświadczenia kierowcy, który wie, że czasem lepiej objechać 200 km dłuższą trasą, niż ryzykować przejazd pod wiaduktem, pod którym zostaje 5 cm luzu.
Początki
Rok 2012. Dach parkingu centrum handlowego może nie brzmi jak wymarzona lokalizacja dla imprezy motoryzacyjnej, ale miało to swój klimat. Betonowa przestrzeń z widokiem na miasto, miejsce, w którym spotykali się pasjonaci – bez wielkich budżetów, międzynarodowych gości czy kontenerowych stoisk. Czysta pasja. Przełom przyszedł wraz z Euro 2012. Nowo wybudowany stadion we Wrocławiu (dziś Tarczyński Arena) dał zupełnie nowe możliwości. Esplanada stadionu oferowała przestrzeń, o której organizatorzy mogli tylko pomarzyć. Wtedy właśnie Ultrace zaczął rosnąć w siłę.
Rok 2015 zmienił wszystko. Jeśli szukać przełomowego momentu w historii Ultrace, to była nim edycja w Opolu. Wtedy po raz pierwszy pojawił się Mike Koziel, filmowiec z Los Angeles, znany w świecie motoryzacji. Nikt wówczas nie przewidział, że jego kariera wystrzeli na taki poziom, iż będzie współpracował z Rimową, Cactus Jackiem (wytwórnią Travisa Scotta), Fordem, RAM-em czy Miami F1. Obecność Koziela była sygnałem – Ultrace przestał być tylko polskim wydarzeniem. Zaczął przyciągać międzynarodową uwagę.
Granice? Jakie granice? Z każdym rokiem zasięg geograficzny uczestników poszerzał się jak kręgi na wodzie. Rok 2019 to kolejny kamień milowy – Kazuki (którego historię mogliście przeczytać w poprzednim numerze) przyleciał z Japonii ze swoją Testarossą. Transport Ferrari przez pół świata na zlot w Polsce? Dekadę wcześniej brzmiałoby to jak scenariusz filmu.
Rok 2020 postawił przed nami niemałe wyzwanie, którego nikt się nie spodziewał. Rebranding zbiegł się z globalną pandemią. Zamiast się poddać, zdecydowaliśmy się na edycję w Katowicach, czym pokazaliśmy, że Ultrace potrafi się adaptować. Paradoksalnie trudne czasy wzmocniły markę. Kolejne lata przyniosły prawdziwą ekspansję. Coraz większe firmy zaczęły zabiegać o współpracę, kolejki chętnych rosły, a wydarzenie ostatecznie ugruntowało swoją pozycję jako „must-see” w kalendarzu europejskiej sceny motoryzacyjnej.
Ludzie tworzą historię
Ultrace to więcej niż esplanada pełna drogich aut. To miejsce międzypokoleniowych spotkań, podczas których legendarny kierowca wyścigowy może przybić piątkę z nastolatkiem marzącym o karierze w motosporcie.

Tegoroczna edycja okazała się doskonałym tego przykładem. James Kirkham, szef Race Service, przyjechał ze swoim Mercedesem-AMG GT3 Raw Spec – surową bestią torową bez żadnych kompromisów.
Banzai Collection przywiozła oryginalne wyścigowe Porsche 962C Team Schuppan – świadka dramatycznego pożaru podczas Le Mans 1989 – które po odbudowie wróciło na tory i wygrywało rywalizacje w Japonii.
Na stoisku Tutto Bene prezentowano Maserati MC12, podczas gdy HFMSTRS pokazało BMW E46 M3 GTR Strassenversion – ikonę dla całego pokolenia wychowanego na „Need for Speed: Most Wanted”. Widok tłumu 30-latków robiących zdjęcia z dziecięcym entuzjazmem – bezcenny.
Międzynarodowa czołówka
Z Japonii przyjechał Kazushige Sakamoto z Active Garage ze swoim perfekcyjnie przygotowanym GT-R. The Pearl Collection przywiozła Bugatti EB110 Super Sport i Divo – drugiego z tych aut powstało tylko 40 sztuk i był to prawdopodobnie pierwszy egzemplarz widziany w Polsce.
Pod sceną stał TWR Supercat – projekt, nad którego designem pracował Khyzyl Saleem. Obok Veyron sąsiadował z Jaguarem XJ220. W tłumie można było wypatrzyć Bena Collinsa, byłego Stiga z „Top Gear”. Riocam tradycyjnie nie mógł się powstrzymać od zrobienia kilku zdjęć długonogim modelkom przy najciekawszych autach. Dla fanów driftingu? Adam LZ – fenomen YouTube i zawodnik Formula Drift z USA, który dokumentuje swoją motoryzacyjną drogę. Obok niego Arios, który swoje Ferrari Modena zmodyfikował do driftowania. Bo Ultrace pokazuje, że nie ma nietykalnych samochodów, że auto ma służyć pasji.
To właśnie piątkowy wieczór, zarezerwowany tylko dla kierowców, mediów i wystawców, pokazuje prawdziwe oblicze Ultrace. Bez tłumów, bez pośpiechu. Grupki ludzi stojące przy autach, śmiech niosący się po esplanadzie, spokojne rozmowy i chłonięcie atmosfery. To wtedy dzieją się najciekawsze rzeczy, jak Kazuki Ohashi i Kazushige Sakamoto pochyleni nad otwartą maską GT-R, gestykulujący i dyskutujący o setupie. Żadnych barier, żadnej sztywnej etykiety. Po prostu ludzie, którzy kochają samochody, mający czas, żeby tę pasję dzielić. Te piątkowe wieczory to esencja tego, o co chodzi w Ultrace – o społeczność, która spotyka się raz w roku, ale rozmawia tak, jakby widziała się wczoraj.


Media jako katalizator
To, co napędza ten fenomen, to także międzynarodowe media. Ekipa Speedhunters – Mario i Alen – dokumentowała każdy detal. Fotografowie i filmowcy z Finlandii, Austrii, Australii – wszyscy przyjeżdżają do Wrocławia, bo wiedzą, że tu dzieje się coś wyjątkowego.
To oni rozpowszechniają historie, pokazują światu, że Polska scena motoryzacyjna to nie peryferia Europy, ale jedno z najgorętszych miejsc na mapie „car culture”. Ich relacje, filmy, fotoreportaże docierają do milionów fanów na całym świecie, tworząc efekt kuli śnieżnej – im więcej coverage’u, tym więcej chętnych do pokazania swoich projektów w następnym roku.
Społeczność ponad wszystko
Ultrace to miejsce, w którym znikają podziały. Japońscy kolekcjonerzy wymieniają się historiami z polskimi builderami. Fotografowie ze Speedhunters dokumentują lokalne projekty, a właściciele hypercarów rozpytują o detale modyfikacji „home-made”. Wszyscy połączeni jednym – czystą pasją do motoryzacji. To właśnie ludzie tworzą magię tego miejsca. Bez nich Ultrace byłby tylko betonową przestrzenią wypełnioną metalem. To społeczność sprawia, że co roku Wrocław staje się mekką „car culture” – domem dla każdego, kto czuje benzynę we krwi.
Epilog
Ultrace 2025 za nami, ale maszyna już ruszyła. Analizujemy feedback, notujemy pomysły, planujemy ulepszenia. W głowach kiełkują wizje kolejnej edycji – kogo zaprosić, które marki mogłyby wzbogacić wydarzenie, jak jeszcze lepiej wykorzystać przestrzeń esplanady. Obserwując tegoroczną edycję i trendy w światowej motoryzacji, widać wyraźnie, że scena ewoluuje. Coraz więcej restomodów łączących klasyczną stylistykę z nowoczesną techniką. Youngtimery z lat 90. przestają być „tylko starymi autami” – stają się pożądanymi klasykami. Rajdówki z epoki grupy B wychodzą z garaży kolekcjonerów na ulice. Klasyki zrywają z tradycją bycia tylko eksponatami – są użytkowane, modyfikowane z szacunkiem do oryginału, traktowane jak żywe kawałki historii.
To właśnie ta różnorodność napędza Ultrace. Nie jesteśmy imprezą dla jednej subkultury – mamy być domem dla wszystkich, którzy rozumieją, że samochód to więcej niż środek transportu.