KRZYSZTOF HOŁOWCZYC

Bez marzeń nie ma nic: Rozmowa z Krzysztofem Hołowczycem
Hołowczyc ma w sobie dwa tryby. Pierwszy to „wojownik”: głód rywalizacji, presja, zero półśrodków. Drugi to „Krzysio-Misio”: dom, psy, zwykłe sprawy i świadomość, że prawdziwa siła zaczyna się wtedy, gdy wreszcie można powiedzieć: bolało jak diabli. To rozmowa nie o „Hołku”, tylko o Krzyśku – z jego wadami, obsesjami i prostą filozofią: najpierw marzyć, potem dopiero cisnąć.
Wiesz, nie chcę robić wywiadu o „Hołku”. Chciałbym pogadać z Krzyśkiem – tak zaczęliśmy. Bez fanfar. Bez odhaczania trofeów. Zamiast tego – dzieciństwo i rywalizacja z autobusem „do słupa”; dom, w którym bardziej liczyło się to, czy pękło lusterko w MZ-ce, niż zdarte kolano; Dakar – czas, kiedy o marzeniach decydowała metalowa rureczka; i dojrzałość, która nie zabiera pragnienia ryzyka, tylko uczy, że nie wszystko jest wyścigiem.
Kim był Krzysiek, zanim ktokolwiek zaczął mówić do niego „Hołek”?
Chłopakiem, który miał marzenia. Który całe życie myślał, że będzie rywalizował. Gdy szedłem do szkoły, to ścigałem się z autobusem do słupa. Wyznaczałem słup i biegłem. Jeśli nie mogłem wygrać – rzucałem teczką. I teczka zwyciężała. Ale moja teczka.
„Hołek” był zawsze gościem, który chciał pokazać, że zrobi coś szybciej od innych. Ta świadomość, że można rywalizować, była dla mnie najcenniejsza. Ciągle rywalizowałem – ze wszystkimi, we wszystkim. Żeby pokazać, że ja też potrafię.
„Hołek” był zawsze gościem, który chciał pokazać, że zrobi coś szybciej od innych. Ta świadomość, że można rywalizować, była dla mnie najcenniejsza. Ciągle rywalizowałem – ze wszystkimi, we wszystkim. Żeby pokazać, że ja też potrafię.

Marek Kita
Pierwsze wspomnienie, kiedy pamiętasz siebie już jako chłopaka, który chciał czegoś więcej?
Wyścig w ogródku jordanowskim na rowerkach Bobo. Koledzy mieli wolny tryb – na zakręcie puszczali i jechali. U mnie nogi musiały się kręcić cały czas. Napędzałem się, podnosiłem je, wchodziłem w zakręt i próbowałem wskoczyć z powrotem na te „latające” pedały. Dostawało się po piszczelach, ale… cisnąłem, bo chciałem wygrać.
I wtedy już wiedziałeś, że nie jesteś od bezpiecznych wyborów?
Byłem święcie przekonany, że jestem nieśmiertelny. Że to niemożliwe, by coś mi się stało. Wchodziłem na dach budynku, który akurat powstawał, i skakałem z wysokości drugiego piętra na górkę piachu. Pewnie już wtedy miałem jakieś złamania kompresyjne, tylko nikt się nad tym nie zastanawiał. Bolało, pochodziłeś dwa tygodnie i samo przechodziło. W tamtych czasach nikt nie myślał, że można sobie złamać kręgosłup. Bolało, to bolało. Później się zrastało i cześć. Skakałem z takich wysokości, bo jak to? Ja nie skoczę? Dziś wiem, że było to czyste szaleństwo.
Dom rodzinny: spokój i porządek czy chaos i improwizacja?
Tata był inżynierem po Politechnice Warszawskiej. Mieliśmy Wartburga – niebieskiego skrzydlaka. Ojciec otwierał maskę i mówił: „Patrz, synku – gaźnik, prądnica, pasek klinowy. Jak się będzie kręciło, paluchy poprzecina”. To były moje pierwsze lekcje.
Pamiętam też, jak wsiadłem na MZ-kę, wywróciłem ją i leżałem przyciśnięty. Z ojcem bardziej martwiliśmy się o to, czy pękło lusterko. Nie oglądaliśmy zdartych kolan. Takie to były czasy.
Pamiętam też, jak wsiadłem na MZ-kę, wywróciłem ją i leżałem przyciśnięty. Z ojcem bardziej martwiliśmy się o to, czy pękło lusterko. Nie oglądaliśmy zdartych kolan. Takie to były czasy.
Kto pierwszy powiedział: „to nie jest normalne”?
Tata założył w firmie zespół kartingowy. I my robiliśmy rzeczy, które dziś brzmią kosmicznie. Wyjeżdżaliśmy kartami na miasto i jeździliśmy między samochodami. Dziś jest to nie do przyjęcia, ale wtedy nikt się nad tym nie zastanawiał. Zimą był śnieg i lód, więc wierciliśmy opony, wkręcaliśmy śruby, robiliśmy prowizoryczne „kolce”. Czasem śruby latały koło ucha, bo coś pękło, coś się urwało. Byliśmy cały czas bardzo blisko granicy. Czasami coś bolało, coś się obiło, ale i tak jechało się dalej.
Kiedy pasja przestaje być hobby i zaczyna rządzić wszystkim?
Kto ma pasję, ten od razu wie, że ona zaczyna rządzić życiem. Pod nią układasz wszystko. Przy okazji pojawia się żona, przy okazji rodzą się dzieci – świat jednak kręci się wokół tego, żeby stanąć na starcie, zobaczyć „pięć, cztery, trzy, dwa, jeden”… i poszło.
Czy sport zabrał Ci coś, czego nie da się odzyskać?
Czasem myślę, że mógłbym zrobić większy biznes, coś naprawdę dużego. Tyle że ja całe życie chciałem jednego: ścigać się. Sport jest dla mnie jak powietrze. Rywalizacja tkwi we mnie cały czas. I jestem realistą – nawet gdybym dziś wsiadł do WRC w najlepszej formie, to będę siódmy, piąty, ósmy… A mnie zawsze interesowało tylko zwycięstwo.
Jaką cenę emocjonalną płaciłeś i co musiałeś poświęcać w swoich relacjach, by zawsze jechać do końca?
Zepsute święta przez lata. Start Dakaru wypadał tuż po świętach – w domu był „wilk”, spięty, skupiony, warczący, ponieważ musiał się spakować, być gotowy, wszystko pod hasłem: „nie przeszkadzać”. Rodzina płaciła wysoką cenę. Z czasem nabrałem do tego większego dystansu. Dziś psuje się samochód? Kiedyś rwałbym szaty, a teraz: „rozstaw trójkąt, stajemy, trudno”. Nauczyłem się przegrywać. To jest największa lekcja, którą dał mi sport.

Marek Kita
Byłeś egoistą?
Tak, byłem egoistą. Totalnym. W głowie miałem jedno: wygrać. Pokazać wszystkim, że jestem najlepszy.
Ten egoizm był niezbędny?
Jeśli w sporcie nie wierzysz w to, co robisz, nie dajesz z siebie 100% i nie wymagasz – zostajesz fajnym średniakiem. A ja nigdy nie chciałem być takim średniakiem. Wiele rzeczy zrobiłem źle i mam tego pełną świadomość. Byłem blisko wielkich rzeczy, ale też popełniałem błędy, czasem zbaczałem z właściwej drogi.
Powinienem być mistrzem świata w WRC i wiem, że było to możliwe. Prodrive zaproponował mi rolę kierowcy testowego. Mogłem zostać, ale nie potrafiłem się na to zdecydować. Chciałem się ścigać, a nie czekać. Dziś wiem, że to był błąd. W WRC, jeśli nie jesteś częścią profesjonalnego zespołu, zawsze jesteś krok z tyłu.
Mimo to potrafiłem zrobić różnicę. Miałem w sobie coś, co było dla nich cenne. Testowaliśmy empirycznie – zmiana, przejazd, poprawka, znowu jazda – i samochód rósł. A ja wyciskałem z niego i z siebie 110%. Jednak nie ma we mnie żalu. To nie chodzi o to, że ja teraz cierpię. Absolutnie nie. Przeżyłem piękne, intensywne życie. Cały czas je ciągnę. Cały czas jestem szczęśliwy. Cały czas mam też coś do zrobienia. Dopóki mam plany, dopóki mogę jechać i coś budować – czuję, że żyję.

Marek Kita
Nie bałeś się niczego?
Bałem się. Kilka razy byłem przekonany, że to scena końcowa, że zaraz zgaśnie światło. Bywało tak, że czułem tak silny ból, że byłem pewien, iż nie wrócę. Zapłaciłem za to bólem: zmiażdżone kręgi, lata ciężkiego cierpienia. I nie przyznałem się do tego. Bo „Hołek musi być uśmiechnięty”. Z zewnątrz wydawało się, że jestem nie do ruszenia. A w środku bolało jak cholera. I był lęk. Dochodzisz do zakrętu i myślisz: „jak przyjdzie dzwon, to wiem, że znowu będzie potwornie bolało”. Przełamanie tego strachu było czymś ogromnym. To mnie zmieniło. Słabość została przekuta w siłę.
Był taki moment, kiedy strach wygrał i odpuściłeś?
Pewnie były jakieś pojedyncze chwile. Jednak ja mam taki mechanizm, że wyrzucam je z głowy. Nie zostawiam tam „słabego siebie”. Potrzebuję presji, ponieważ wtedy działam najlepiej. Bez presji zaczynam odpuszczać.
Która porażka bolała Cię najbardziej?
Najtrudniej jest wtedy, gdy jesteś bardzo blisko. Cztery odcinki do końca. Prowadzę Dakar. Peterhansel jest drugi. Wiem, że przed nami trudne wydmy, ale wiem też, że stać nas na wygraną. Jean-Marc prowadzi jak z nut. Jest geniuszem, jeżeli chodzi o pilotaż… Nagle jednak pęka rureczka od wspomagania kierownicy i kończy się marzenie. To boli najbardziej, ponieważ to nie jest błąd kierowcy. Nie rów, nie „położyłem kółek”, tylko drobiazg, nad którym nie masz żadnej kontroli. I płacisz cenę ty – w tym jednym momencie, w tym jednym rajdzie.
Trudniejsze jest przegrać czy udawać, że to Cię nie dotyka?
Najgorsze okazuje się poczucie, że to nie zależy od ciebie. Że wszyscy zrobili wszystko dobrze, nie było złej woli – a mimo to przegrywasz. Trzeba jednak się z tym zmierzyć i pamiętać, że każda porażka, to krok bliżej do sukcesu. Thomas Edison przeprowadził tysiąc nieudanych eksperymentów, a tysiąc pierwszy był żarówką.
Powiedziałeś kiedyś, że nie musisz już niczego udowadniać?
Nie, nie – to moja żona tak mówi. Wciąż uważam, że mam coś do udowodnienia. Ale dziś głównie sobie. Ta potrzeba rywalizacji cały czas we mnie siedzi.
Kiedy mówisz: „męskość”, co masz na myśli – odwagę, odpowiedzialność, gotowość do konfrontacji?
Mam wrażenie, że męskość jest w odwrocie. Coraz rzadziej mówi się o odpowiedzialności, o gotowości do wzięcia na siebie ciężaru. Niestety, takie czasy. W sporcie miły nie wygrywa. Wygrywa ten, kto potrafi stanąć do walki i wziąć na siebie odpowiedzialność za wynik. Uważam, że w sporcie nie ma miejsca na półśrodki.

Marek Kita

Marek Kita
A umiejętność przyznania się do słabości?
To jest siła. Gdy wiesz, gdzie masz słabość, wiesz też, w czym możesz być mocny. Wiele osób nie potrafi się do tego przyznać i nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że właśnie to jest ich największą słabością.
Jak reagujesz, gdy ktoś mówi, że jesteś wzorem faceta?
Nie jestem żadnym wzorem. Jestem gościem, który się stara. Popełniłem mnóstwo błędów. Najcenniejsze, czego nauczył mnie ojciec: „Nie sztuką jest wygrywać, sztuką jest przegrywać”. I zrozumiałem, że przegrane i słabości, które potrafisz przełamać, uczą najwięcej.
Kim jesteś, gdy nie ma kamer i adrenaliny?
Krzysiem–Misiem. Żona się śmieje, że wracam z tarczą albo bez niej, a potem wymieniam przepalone żarówki, wynoszę śmieci, bawię się z dziećmi. I to jest niesamowite, że ten drugi świat naprawdę istnieje.
Najpierw walczysz o życie, jesteś wojownikiem, a potem wracasz do świata, w którym żona mówi: „Ty tu nie jesteś bohaterem. Tu żarówka nie świeci – zrób coś z tym”. I zauważyłem, że to jest świetne. Że życie nie polega tylko na zwycięstwie. Czasem trzeba zwolnić. Dla mnie jest to bardzo trudne – ja tego nie umiem. To jest jedna z moich większych wad. Gdy jedziemy na urlop, po dwóch dniach szukam: tu bungee, tu skuter wodny… Wszyscy się śmieją: „Już swędzi?” No, swędzi.

Marek Kita
Najgorsze jest uczucie, że nie mam przyszłości.
Jak mam tylko siedzieć i odpoczywać, to czuję, że przestaję żyć.
Jak mam tylko siedzieć i odpoczywać, to czuję, że przestaję żyć.

Marek Kita
Umiesz nic nie robić?
Chyba tylko wtedy, gdy śpię.
Jakieś hobby, którego ludzie by się po Tobie nie spodziewali?
Trąbka… ale jeszcze nie sprzedajemy tej historii [śmiech]. I psy. Mamy dużo psów. Ostatnio pomagałem odbierać poród naszej suczce – siedziałem pod werandą, liczyłem szczeniaki. Zupełnie inny świat. I on wciąga.
Jak zmieniło się Twoje podejście do ryzyka?
Ani grama się nie zmniejszyło. Kocham ryzyko. Przeżyłem tak intensywnie życie, że nauczyłem się akceptować ryzyko. Nie dlatego, że nie cenię życia – wręcz przeciwnie – tylko dlatego, że wiem, po co jeszcze tu jestem. Wierzę w to, że nie odejdę, bo mam jeszcze coś do zrobienia. I czuję całym sobą, że nie rozliczyłem się do końca z Dakarem. Podium jest piękne, ale ja i tak wciąż myślę o tym środku.
Bardziej boisz się o siebie czy o innych?
O siebie – nie. Bardziej boję się zostawić rodzinę z nieskończonymi sprawami. Pilnuję tego. To jest moja odpowiedzialność.
Co Cię najbardziej zaskoczyło w dojrzałości?
Myślałem, że założę kapcie, siądę przed telewizorem i będę celebrował. Nic z tych rzeczy. Cały czas budzę się rano: co tu zrobić? Gdy mam pięć rzeczy do zrobienia, jestem spokojny. Najgorsze jest uczucie, że nie mam przyszłości. Jak mam tylko siedzieć i odpoczywać, to czuję, że przestaję żyć.
Gdybyś miał streścić swoje życie jednym zdaniem?
Najpierw marzenia, potem cała reszta.

Marek Kita
Wierzysz w tzw. swoją drogę czy w to, że sam ją tworzysz?
Dróg jest mnóstwo, ale na koniec to ty wybierasz, którą idziesz. Charakter i konstrukcja psychiczna wcześniej czy później i tak cię zawracają na twój własny tor. Jest pewna myśl, którą przekazał mi ojciec: jeśli nauczysz się odróżniać dobro od zła, to nawet gdy zrobisz źle, będziesz o tym wiedział i będziesz mógł to naprawić. Martwią mnie ludzie, którzy robią zło i nie mają tej świadomości.

Marek Kita
Czego jeszcze chcesz doświadczyć?
Mnóstwa rzeczy. Dakar, rajdy historyczne… To jest świat, który wraca, i kibice coraz bardziej to odkrywają. Klasyczne auta mają duszę. Dzisiejsze WRC jest szybkie, perfekcyjne technicznie, ale brakuje mi w nim tego „czegoś”. A np. Audi Quattro strzelające płomieniami z rury czy stare Subaru… To był wyjątkowy świat. Ludzie wracają do samochodów, które są mechaniczne, głośne i wymagające. Może gorzej skręcają, gorzej hamują, cechują się gorszą ergonomią, ale mają charakter. Wsiadasz, zamykasz drzwi, słyszysz dźwięk i wiesz, że jesteś w wyjątkowym miejscu.
A za 10–15 lat?
Jedziemy dalej bez hamowania. Safari, projekty, budowanie aut, ludzie, wyjazdy, rywalizacja. Tyle jest rzeczy do zrobienia.
Kiedy ostatni raz byłeś naprawdę dumny?
Były trzy takie razy – gdy urodziły się moje trzy córki. To jest najprawdziwsze.

Marek Kita
A kiedy ostatnio byłeś sobą rozczarowany?
Wiele rzeczy szybko zakopuję, ale były momenty, kiedy sam siebie zawiodłem. Głównie wtedy, gdy brałem na siebie za dużo presji i przenosiłem ją na innych. Zdarzało mi się być zbyt twardym, zbyt niecierpliwym.
Trzeba cisnąć najmocniej jak się da – to jest wpisane w sport i w życie. Są jednak sytuacje, na które nie masz wpływu. Kluczowa jest umiejętność rozpoznawania ich, żeby nie spalać siebie i przy okazji innych, szczególnie najbliższych.
Co powiedziałbyś młodemu sobie – sprzed lat, sprzed ksywki i trofeów?
Bądź profesjonalistą cały czas. Nie obrażaj się na nowe technologie. Wychodź ze strefy komfortu. Bądź częścią zespołu. I najważniejsze: nie ma „jutro”, jest tu i teraz. To tak jak z klepsydrą – najpiękniejszy jest ten moment, kiedy piasek się przesypuje.
A gdybyś miał wybór, zrobiłbyś to wszystko jeszcze raz?
Pewnie zrobiłbym wiele rzeczy lepiej. Byłbym mistrzem świata w WRC – to na pewno. Huknąłbym parę Dakarów. O wiele więcej bym wiedział. Ale jest też druga strona. Gdybym przyjął ofertę Prodrive’u, być może moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Może byłbym dziś w innym miejscu, ale też równie dobrze mogłoby to odbić się na mojej rodzinie. Coś jest po coś. Wierzę w drogę, którą przeszedłem. Widocznie taka miała być.
Dzisiaj wiem, że największą wygraną nie są puchary, lecz to, że wciąż mam plany na jutro. W życiu nie ma wartości, jeśli nie podejmujesz ryzyka.

Marek Kita

Marek Kita