Mołdawia: ostatnie miejsce w Europie

Uprzedzam, że wszystko to, co zawarte jest w tym tekście, zostało dopasowane do mołdawskich standardów: żarty, faktografia, puenta i co oczywiste – również wstęp. Zatem jeśli po przeczytaniu całości uznasz, że żenujące jest zaśmiecanie „ClassicAuto” takimi treściami, to wiedz, że to nie jest moja wina. To wina Mołdawii.

Marcin Wojdak
Są państwa-miasta, jak na przykład Watykan czy Monako, i są też państwa-cyrki. A dokładniej to jest jedno takie państwo – Mołdawia. Mołdawia to cyrk. Taki sam, jak słynny modernistyczny budynek powstały pod koniec lat 70. XX w., stojący w północno-wschodniej części centrum Kiszyniowa, czyli piękna rotunda ze świetnymi metalowymi płaskorzeźbami wiszącymi nad głównym wejściem.
Po pierwsze, zarówno Mołdawia, jak i kiszyniowski cyrk są puste. Cyrk ze zdjęć został zamknięty 20 lat temu. Zaglądasz do środka budynku i nic. Zero ruchu. Zero akcji. Nic się nie dzieje. Przez szybę widać mocno zakurzone korytarze i krzesła poukładane w stos. Arenę spowija mrok. A Mołdawia? To samo. Też nic się nie dzieje. Żadnych dużych festiwali muzycznych, żadnych międzynarodowych zawodów sportowych, nie ma tu też żadnych rozpoznawalnych budynków ani zabytków. Dopiero powoli do świadomości osób interesujących się powojenną architekturą przebija się „Romashka” – 77-metrowy blok mieszkalny, górujący nad jedną z dzielnic Kiszyniowa. Z daleka wygląda jak mocno podniszczony futurystyczny hotel, z bliska natomiast na pierwszy plan wysuwają się setki zabudowanych balkonów – każdy w inny sposób, tworząc wizję tego, jak może wyglądać betonowa fawela. Duża część mieszkań stoi pusta, klatka schodowa przypomina scenografię horroru. Jest super.
Po drugie, ani Mołdawii, ani cyrku nikt nie odwiedza. Skaczący na linie akrobaci ani facet wyjmujący królika z kapelusza nie są atrakcyjną ofertą dla współczesnego konsumenta sztuki i kultury. To nie jest rozrywka godna XXI w. Mołdawia natomiast to czerwona latarnia europejskiej listy przebojów turystycznych, a sam Kiszyniów to najrzadziej odwiedzana przez obcokrajowców europejska stolica spośród wszystkich. Widać to też w drugim największym mieście Mołdawii – Bielcach – gdyż podczas całodniowego spaceru nie spotkałem ani jednego turysty. Widziałem za to bardzo interesujący dworzec autobusowy z ogromną mozaiką w głównej hali. Kiedyś można było tam kupić bilety albo sprawdzić rozkład jazdy, dzisiaj natomiast można urządzić mieszkanie, gdyż cała hala zajmowana jest przez sklep z meblami. Tak duży dworzec nikomu nie jest już potrzebny, podobnie zresztą jak pociągi po zlikwidowanych w większości połączeniach kolejowych Mołdawii. Cmentarzysko lokomotyw to zawsze efektowny temat dla fotografa. Nawet wtedy, kiedy wejście na jego teren jest zabronione, a lokalny sokista goni cię, wykrzykując coś w nieznanym języku.
Marcin Wojdak
Po trzecie, i cyrk, i Mołdawia straciły na znaczeniu po śmierci niedźwiedzia. Cyrk – tego dosłownego, czyli po wprowadzeniu, bardzo słusznie zresztą, zakazu tresury zwierząt. Natomiast Mołdawia – tego metaforycznego, czyli po upadku Związku Radzieckiego w 1991 r. Od tego czasu ta była republika radziecka nikomu nie jest potrzebna. Poza winem nie oferuje żadnego towaru eksportowego, nie stanowi ważnego węzła komunikacyjnego ani transportowego, nie ma silnej armii ani zaplecza naukowego. Nie jest potrzebna nawet samym Mołdawianom, którzy od momentu uzyskania niepodległości utrzymują stały, wysoki poziom emigracji zarobkowej młodych ludzi do krajów Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. Na marginesie dodam, że ślady po dawnym ZSRR wciąż są dobrze widoczne w krajobrazie Mołdawii. Czy to w postaci samolotów ustawionych na pomnikach, czy czerwonych gwiazd przebijających się spod starej farby, czy też nawet słynnych czołgów T-34, upamiętniających wielką wojnę ojczyźnianą.
Po czwarte, choć zarówno w samej Mołdawii, jak i na budynku kiszyniowskiego cyrku widać ślady niedawno przeprowadzonych remontów (cyrk ma wymienione okna i uszczelniony dach), to i tak wszędzie panuje nieziemski wręcz rozpier… przepraszam, chciałem napisać: rozgardiasz. Trudno przez to ocenić, czy remont jeszcze trwa i oglądasz ostatnie momenty tego wszędobylskiego bałaganu, czy też z niewiadomych przyczyn został przerwany, a ten bałagan dopiero się rozkręca. Trudno jednoznacznie wskazać, który z wariantów jest prawdziwy, ale jedno jest pewne – jeśli miałby powstać film będący ekranizacją greckiej mitologii, to wiem, co może zagrać stajnię Augiasza.
Jest jednak jedna rzecz, która daje nadzieję na lepszą przyszłość i cyrku, i Mołdawii. To klaun, czyli humor. W tym wypadku autoironiczny. Wyobraź sobie, że siedzisz na widowni, patrzysz na kolesia przebranego w kolorowy strój, chodzącego po scenie w dziwacznych butach, robiącego jakieś fikołki, durne miny i po chwili zaczynasz się śmiać. Nie wiesz na początku z czego, przecież te żarty są idiotyczne, typowo slapstickowe, ale po chwili dociera do Ciebie, że to z siebie się śmiejesz. Śmiejesz się z tego, że tu jesteś. W Mołdawii też będziesz się śmiać. Ale nie dlatego, że ktoś się wywróci albo niekonwencjonalnie ubierze. Będziesz się śmiać z tego, że pojechałeś do Mołdawii. Najrzadziej odwiedzanego kraju w Europie.
Marcin Wojdak


Czytaj więcej