Dorastałem w polskiej rzeczywistości, do której zachodnie auta docierały w śladowy sposób. Kolorowe Audi Quattro grupy B oglądałem w czarno-białym telewizorze. Rajdówka Audi miała z tyłu dwa duże wiatraki. Może zawodzi mnie pamięć, ale to był chyba Rajd Safari. Tak wyglądał mój pierwszy kontakt z Quattro – czarno-biały i symboliczny. Później zobaczyłem na lawecie na Ursynowie Audi Coupé quattro Pawła Przybylskiego, kiedyś kupione od Attili Ferjáncza. Pisaliśmy o tym w CA ponad 220 numerów temu, czyli w wydaniu 3/2006. Wąskie nadwozie kazało myśleć, że była to wersja atmosferyczna, a nie legendarne Ur. Gdy dorosłem, to mimo że Audi w rajdach już nie było (panowała era Subaru i Mitsubishi), w głębi duszy wiedziałem, że napęd na cztery koła znalazł się w Imprezie i Lancerze dzięki rewolucji Audi. Marzyłem o zbudowaniu takiego auta od podstaw. Takiego, które korzystałoby ze schedy rajdowej, współczesnych technologii i materiałów, ale pachniałoby czasami grupy B.
Do tego pomysłu udało mi się przekonać Edwarda Ruszczyca – tak, z tych Ruszczyców, ale o tym później. Edward zrobił to pewnie dlatego, że wśród wielu swoich życiowych zasad ma jedną mówiącą o tym, by wchodzić w projekty, w które nikt nie wszedł. Kocha napęd na cztery koła w każdej postaci, od quada po Defendera. Pomysły, które innym wydają się idiotyczne, dla Edwarda są interesujące. Nie, nie jest szaleńcem, widzi po prostu dalej niż inni. W małym lokalu na Ochocie stworzył przecież amerykańskiego giganta w branży dekoracyjnej – Displate. Tam się poznaliśmy. Byłem jego chief creative officerem. Umiał oddzielić moje neurotyczne wybuchy od kreatywności i pewnie dlatego miał do mnie zaufanie.