MISTRZOWIE RZEMIOSŁA
Mistrzowie Rzemiosła: rodzinna historia o chromie
Tym razem będzie o tym, że w szalonych latach 90. wszystko się udawało. Trzeba było jednak uważać, jaką książkę się czyta – Adam Kostecki wybrał tę właściwą. Okaże się też, że nawet dziś dla chromu warto zostawić architekturę. Co więc w nim takiego jest?
Właśnie upadła komuna. Adam Kostecki jest po studiach i zaliczył już wojsko. Trzeba się było wziąć za życie. Opcji ma kilka, z tych głównych: wyjazd za granicę – jak wielu innych młodych ludzi – albo handel uliczny, ale nie czuł jakiegoś szczególnego pociągu do szczęk. Pamiętacie jeszcze szczęki? Taki folklor czasu przemian. Stojące zazwyczaj w stadach metalowe kramy, zamykane na noc na tysiąc skobli, kłódek i zasuw, a w dzień rozchylające się niczym wielka szczęka oferująca rajstopy, przyrząd do cięcia szkła i sztuczną paprotkę. Właśnie to nie pociągało Adama. Odwiedzał za to księgarnie. W jednej z nich całkiem przypadkiem spojrzał na pewną okładkę. „Galwanotechnika”. Pomyślał: czemu nie! I założył firmę zajmującą się tym do dziś.

Paweł Klein
Tak właśnie powinna wyglądać firma rodzinna: tata i córka ramię w ramię. A dumy z powstających tu chromowanych precjozów nie sposób ukryć.
Szybko wtrąca się Ewa: „Tata jest bardzo skromny i na pewno tego nie powie. Od dziecka był chemicznym geniuszem. W pierwszej klasie liceum był już finalistą olimpiady, miał więc przepustkę na studia chemiczne. Od zawsze z kuzynem w piwnicy mieli laboratorium, robili eksperymenty i cud, że nie wysadzili w powietrze bloku”. Jak widać, wspomniana książka trafiła na wyjątkowo podatną glebę.
Jakie były początki? Jak to w latach 90. – wszystko się udawało. Na wycieczce za zachodnią granicę Adam zobaczył chromowane komplety łazienkowe: haczyki, uchwyty, lustra. Postanowił przenieść to na polski grunt, co oczywiście natychmiast okazało się ogromnym sukcesem. Wraz z XXI wiekiem nastały jednak markety, towary z Chin i skończył się czas prosperity.

Paweł Klein
A to w czystej postaci surowe oko fachowca. Znajdzie najmniejszą nawet skazę, gdyby tylko tam była. Ale nie ma.

Paweł Klein

Paweł Klein
I o to w tym wszystkim chodzi. To całe czyszczenie, polerowanie, maczanie w kolejnych kąpielach prowadzi do jednego – lustra, w którym można się przejrzeć.
I wtedy zjawił się klient, który szukał galwanizerni potrafiącej zrobić jak trzeba elementy zabytkowego samochodu. Właściwie to nie jednego, lecz wielu. Dla kolekcjonera z Antwerpii. Dobrze trafił. Zakład zaczął się przestawiać na motoryzację. Nowe wanny, miedziowanie, trawienie – no wiecie, takie tam. Zaczęły się też wyjazdy do Niemiec na targi. Nie minęło dużo czasu, a Galven miał klientów w całej Europie. Co dwa, trzy miesiące Adam wsiada do samochodu i zawozi gotowe części do Niemiec, Holandii i Belgii, a przy okazji odbiera kolejne do roboty. Klienci są też ze Szwecji czy Finlandii, ale ci nie mają takich luksusów z transportem.

Paweł Klein
W sumie pewnie nie wiecie jednak, jakie „takie tam”. Pytam więc o cały proces. Mnie zawsze fascynują takie rzeczy: na początku masz w ręce zardzewiały kawałek czegoś, a kończysz z błyszczącą klamką, którą z dumą przykręcasz na koniec remontu. „Najpierw trzeba usunąć wszystkie stare powłoki. Chrom i nikiel ściąga się elektrochemicznie. Miedź i rdzę trawimy kwasami albo piaskujemy” – wyjaśnia Adam. Gdy już przedmiot jest dokładnie oczyszczony, wyszlifowany, nie ma żadnej czarnej kropki, która w przyszłości byłaby purchlem, można iść dalej. Teraz będzie trochę jak przed lakierowaniem: spawanie dziur, klepanie, prostowanie, lutowanie uszkodzonych miejsc. Potem przychodzi czas na pierwszą kąpiel – w miedzi. Najpierw alkalicznej, potem kwaśnej. Zaczyna się szlifowanie, w trakcie którego zazwyczaj poprzez usuwanie najdrobniejszych nierówności znów odsłania się element. Zatem ponownie do miedzi. Jeżeli wciąż są nierówności, to wypełnia się je cyną, a następnie znów szlifuje. Teraz już będzie z górki – bardzo dokładne polerowanie, kąpiel w niklu, potem w chromie i gotowe. Widzicie więc, że to wcale nie jest zwyczajne wrzucanie przedmiotu do różnych kadzi. Zrobienie przeciętnego zderzaka w dobrym stanie, bez dziur, zajmuje około 30 godzin. Z tego we wszystkich kąpielach spędza może pięć.
Ciekawi mnie, co takiego wyjątkowego chromowali, a z czym się najbardziej męczyli – tu pewnie macie swoje typy. Zaraz się okaże, czy dobre. Zacznijmy może od ciekawostek. Na pewno można do nich zaliczyć Minervę z początku lat 20. Jeżeli kojarzycie tę belgijską markę luksusowych samochodów, to macie już przed oczami wielką atrapę i nieskończoną liczbę srebrzystych błyskotek. A robili do niej wszystko. I to wcale nie był chrom. „To był sam nikiel, bo chrom jako technologia wszedł dopiero na początku lat 30. do motoryzacji” – wyjaśnia Adam. Podoba mi się taka dbałość o szczegóły, które laik łatwo może przegapić. Robili też... perkusję. Jeden z klientów przyniósł kiedyś zestaw dziwnych pałąków i obręczy. Okazało się, że to rozkręcona jego pierwsza perkusja i choć sam wie, że to bez sensu, to jednak chce ją przywrócić do pierwotnego blasku. Oczywiście, przywrócił.

Paweł Klein
Przejdźmy więc płynnie do męczących rzeczy. W tej kategorii na pewno znajdzie się znal. Przy tym stopie zawsze dłużej się schodzi. Trzeba pracowicie uzupełniać cyną każdy ubytek. W podobnej kategorii startują zbiorniki paliwa angielskich motocykli, które często były właśnie chromowane. Zazwyczaj również noszą na sobie blizny wszystkich mniejszych lub większych „dzwonów” i szlifów wykonanych przez właścicieli na przestrzeni lat. Zdarza się, że jeden taki bak pochłania kilka kilogramów cyny. Co jednak najbardziej psuje krew – niech powie sam właściciel firmy. „Najbardziej nie lubimy robić amerykańskich samochodów” – wyjaśnia bez wahania. I nie chodzi tu nawet o to, że przy szlifowaniu czy polerowaniu trzeba w dwójkę trzymać taki gigantyczny zderzak. Większym problemem jest jakość wykonania – zarówno jeśli chodzi o płaskość płaszczyzn, jak i o amerykańskie stopy, przez które łatwo o bąble i skazy. I jak? Trafiliście?
Nikomu nie liczę lat, ale gdy robisz coś już czwartą dekadę, to musi być w tej pracy coś fascynującego. „Chodzi o ten chrom. To jest taka rzecz sama w sobie, perfekcyjna powierzchnia jak lustro. Żadne lakiery tego nie oddadzą” – odpowiada Adam. „To jest właśnie takie pociągające, to odbijanie światła, ideał dosłownie jak tafla wody, jak szkło” – dodaje. I choć przyznam się Wam, szanowni Czytelnicy, że od chromu wolę rdzę, to ulegam tym emocjom i tej fascynacji. Jest w tym coś jeszcze: człowiek. Gdy zakład robił rzeczy do łazienek, to była produkcja, odbiór towaru, faktura i tyle. Z częściami do samochodów i motocykli jest inaczej. Na nie zawsze ktoś czeka. „To duża satysfakcja widzieć, jak klient się cieszy. Gdy zawożę gotowe rzeczy późną jesienią, to zawsze mówią, że Święty Mikołaj przyjechał” – opowiada Adam. I nie jest już bezimiennym producentem wieszaków, lecz fachowcem, z którym można porozmawiać, robiącym naprawdę fajne rzeczy. A jeżeli spotykacie się tak od wielu lat, to z czasem rodzą się bardziej zażyłe znajomości, przyjaźnie, nawet pewne więzy rodzinne. „Chciałam nauczyć się tapicerowania. Pojechałam więc na całe wakacje do Belgii, do jednego z naszych klientów i podpatrywałam, jak oni to robią” – podaje jako przykład Ewa. I to jest naprawdę fantastyczne – jak bardzo stare pojazdy potrafią łączyć.
Nie tylko Ewa chce się rozwijać. Zresztą dla pracy w rodzinnej firmie porzuciła architekturę. „Studiowałam i pracowałam głównie w Niemczech i chwilę w Australii, ale zaczęłam tęsknić, a tato potrzebował pomocy w firmie. Czułam się jednak źle z tym, że nie umiem obsługiwać nawet szlifierki. Poszłam więc na trzymiesięczny kurs blacharza-lakiernika” – opowiada. Razem z tatą chcą nie tylko chromować elementy, ale też odnawiać całe samochody. Na pierwszy ogień poszedł VW Karmann-Ghia Typ 14 Ewy. Bo musicie wiedzieć, że przez to chromowanie elementów oraz kontakt z ludźmi i pojazdami sami pokochali zabytkowe samochody. Przygotowali już więc lakiernię, blacharnię, potrafią robić tapicerkę. Rok, góra dwa i będzie można zacząć przywozić całe samochody. Mają też w ekipie sprawdzonych, utalentowanych rzemieślników Sławka i Tomka, którym nie szczędzą pochwał. Tylko tu wspomnę, że pierwszy z nich jest w firmie od samego początku, a drugi zaczynał jako nastolatek, a dziś dobiega czterdziestki.
Na razie przychodźcie tu po chrom i nikiel. W Galvenie do swojej roboty muszą mieć zaufanie, bo gwarancja obowiązuje o wiele dalej niż do bramy. „Chrom musi być na wieki. Gdy choćby po 10 latach ktoś przyjdzie i powie, że wyszło coś spod chromu, zrobił się bąbel, to my to oczywiście bezpłatnie naprawimy. Jak dotychczas nie było jeszcze takiego przypadku” – podkreśla z przekonaniem Adam.

Paweł Klein
Ewa dla pracy w firmie zostawiła architekturę. Dla taty, chromu, starych samochodów i – zdaje się – również dla kota.

Paweł Klein
Cały proces nie udałby się bez sprawdzonej ekipy. Sławek i Tomek to utalentowani rzemieślnicy, bardzo zżyci z firmą.

Paweł Klein
Między przywiezieniem zardzewiałej części a odebraniem pięknie lśniącej naprawdę dużo się dzieje. Szlifowanie, miedziowanie – o wszystkim przeczytacie w tekście.

Paweł Klein