CZŁOWIEK I SAMOCHÓD
Jeep Cherokke XJ : 25 lat od pożegnania legendy

Nie jest ani wygodny, ani oszczędny, ani też praktyczny. każdy jednak, kto choć raz wsiądzie do Cherokee XJ, zostawia w nim kawałek duszy. mimo że 6 czerwca mija dokładnie ćwierć wieku, odkąd ostatni egzemplarz zjechał z taśmy, ten „kanciak” wciąż nas uczy, że w motoryzacji najbardziej liczy się charakter. Oto opowieść o „kiosku”, który stał się stylem życia.

Adam Brzuszkiewicz
Zdjęcia: Adam Brzuszkiewicz
Mówi się, że to protoplasta wszystkich SUV-ów. Stary Jeep Cherokee XJ zasłużył sobie na miejsce w panteonie ikon niczym Leonardo DiCaprio na Oscara – i to nie tylko stażem. Jako pierwszy samochód terenowy z samonośnym nadwoziem sprawił, że ortodoksyjni fani marki dostali nagłej wysypki. Sytuacji nie poprawiało to, że w procesie jego projektowania maczali swoje śliskie od ślimaków palce Francuzi. Nic dziwnego, że kowboje z Teksasu czy Arizony wylali na ten projekt wiadro pomyj. Jeszcze ten silnik – 4 l to przecież pojemność kubła popcornu!
W połowie lat 80. ekologia była równie abstrakcyjnym konceptem, jak internet. Co prawda, kilka lat później wspomniano o dziurze ozonowej, ale powszechnie uznano, że sama się zalepiła, a winne były lodówki z freonem. Po co więc wkładać do auta „mechanizm zegarowy” zamiast porządnego V8? Trafiło jednak na kryzys paliwowy i amerykańskie rodziny zaczęły postrzegać wizyty na stacjach w kategorii wydatku. Tak narodził się koncept małego, ekonomicznego auta na rodzinny piknik. Potrzeba ucieczki za miasto z dzieciakami i obślinionym labradorem okazała się uniwersalna – XJ sprzedał się w niemal 3 mln egzemplarzy, stając się rynkowym hitem. Tych, którzy uznali rzędową „szóstkę” za zbyt dużą, karano 2,5-litrowym dieslem z czterema osobnymi głowicami produkcji włoskiego VM. Dziś ta wersja służy głównie jako dawca nadwozia do projektów, które z sielankowym pieczeniem pianek przy ognisku niewiele mają wspólnego.
Świtezianka ADV
Tak z niewiadomych przyczyn samochód, który nigdy nie miał być terenowy, stał się obiektem pożądania dla osób lubujących się w jeżdżeniu autem po dnie jeziora. Recepta była prosta: lekkie i mocne nadwozie połączone z pancernym automatem, który okazał się nie do zdarcia niczym naklejka za złe parkowanie na bocznym lusterku.
Samochód w swojej konstrukcji był wysublimowany jak polityka zagraniczna Donalda Trumpa. Offroadowcy wyliczą Wam jego wady: słabe mosty, hamulce z płyty pilśniowej, półosie jak wykałaczki i krzyżaki wymieniane częściej, niż kowboj zmienia kalesony. To wszystko prawda. Jednak fabryczny XJ waży zaledwie 1670 kg – o 600 kg mniej niż osławiony Nissan Patrol. Dzięki niskiej masie nie potrzebuje 35-calowych kół, by przejechać po dnie wspomnianego jeziora. Seryjne mosty przy 31-calowych oponach wytrzymują, blokada LSD daje radę, a krzyżaki... Cóż, wymiana jest prosta.
Lekkie i mocne nadwozie połączone z pancernym automatem
Poczciwa morda
Gdy kupowałem swojego XJ-ota w 2018 r., nie miałem o tym wszystkim zielonego pojęcia. Ten samochód po prostu mi się podobał. Lubiłem go w całości i w częściach. Jego sylwetkę stworzoną w hołdzie geometrii i z poszanowaniem ekierki. Jego przód, bok i tył. Lubiłem podświetlone na zielono zegary, radiomagnetofon z wysuwaną antenką, wajchę automatu na miarę wolantu z jumbo jeta i udający drewno, błyszczący plastik. Lubiłem to, że ma twarz – uśmiechniętą – jak pies, gdy mu rzucasz patyk. I od samego początku nic mi w nim nie przeszkadzało. Ani układ kierowniczy z żelków Haribo, ani spalanie 24 l na 100 km. Założyłem mu „podtlenek gazotu”, bagażnik na dach, wsadziłem go na trochę większe koła i podniosłem na początek o 2,5 cala. Tak oto stałem się posiadaczem auta terenowego. A może spotkało mnie coś więcej…
Pierwszy wyjazd skończył się awarią łożyska w kompresorze klimatyzacji pod kirgiską granicą. Pasek w silniku 4.0 obsługuje cały osprzęt, więc awaria jednej rolki kończy zabawę. Po dwóch dniach postoju serwisowego musiałem wracać do domu – wszak urlop nie jest z gumy. W Aralsku zgubiłem wydech, w Uzbekistanie zatankowałem ciecz, która przetopiła wtryski, a Jeep i tak wrócił o własnych siłach na LPG. Taka jest jego domena: zawsze wraca. Potem wymienia się te wszystkie uszczelki, łożyska i oleje, myje nadwozie i klepie go po pysku jak starego psa.
To relikt przeszłości,
do której coraz częściej wzdychamy z tęsknotą
W kolejnych latach Jeep zawiózł mnie na Sycylię, zjechał rumuński Łuk Karpat, góry Albanii i bezdroża Czarnogóry. Na co dzień służy do okazjonalnych rajdów w klasie „turystyk” i krajoznawczo-wywiadowczych wypadów za miasto. Zjechał ze mną całą Polskę. Gdziekolwiek miałem się znaleźć, przez te wszystkie lata zawsze chciałem tam jechać Jeepem. Dlaczego? Cóż, z tego samego powodu ludzie decydują się na posiadanie psa – wiedziałem, że będę miał towarzystwo i że będę się nudził.
Panie, a ile to kosztuje?
Odpowiedź brzmi: „To zależy, ile masz pieniędzy”. Samego XJ-ota kilka lat temu kupowało się za ok. 20 000 zł – takiego ładnego, w serii, jako bazę projektu. Niestety, tych ładnych, zdrowych egzemplarzy jest coraz mniej, więc w ciągu ośmiu lat cena wzrosła do 40 000, a nawet 60 000 zł za rozsądnie zachowaną serię. A później to już zależy, gdzie Cię poniesie fantazja. Bo z takim XJ-otem można zrobić wszystko, ale można też nie robić z nim nic, zostawiając pięknego klasyka. Ja zatrzymałem się w złotym środku. Podniosłem go o 4,5 cala i założyłem najlepsze dostępne na rynku zawieszenie. Z wahaczami typu long arm oryginalne nadkola mieszczą przy wykrzyżu oponę o średnicy 31 cali. Tyle też bez problemu wytrzymują seryjne mosty. Karoseria jest zatem nieruszona, podobnie jak wnętrze. Jednak dla chętnych dostępne są wszelkie możliwe modyfikacje – stalowe zderzaki, snorkle, poszerzenia nadkoli, blokady dyferencjałów. Można zatem XJ-ota przerobić na wóz szturmowy. Choć ostatnie sztuki zjechały z taśmy 25 lat temu, firmy produkujące offroadowy aftermarket i akcesoria wciąż o nim pamiętają – chyba z szacunku.
To jeżdżący manifest
i styl życia na kółkach
Co w tym aucie jest najfajniejsze? Skłamałbym, gdybym nie powiedział, że zawieszenie, które przecież nie jest oryginalne i kosztowało dwa razy więcej niż sam samochód. Ale właśnie w tym tkwi sedno sprawy. Możesz je kupić! Próżno szukać hi-endowych akcesoriów do większości tak starych aut (poza kultowymi Patrolami czy Land Roverami). Tymczasem do XJ-ota dostępne są wszystkie możliwe modyfikacje. Wciąż można wsadzić do niego amortyzatory z Lublina 2 i to też jest fajne. Bo na to auto można mieć wiele pomysłów, a żaden z nich nie będzie zły.
Eksploatacja? Zmieniam olej w silniku co 8–10 tys. km, a co druga wymiana oleju oznacza też większy serwis, który zawsze kosztuje ok. 7000–8000 zł. Przejechałem tym autem 140 tys. km – można sobie policzyć. Znajomy ma XJ-ota w wersji „coco jambo i do przodu” – 33 calowe MT-eki, poszerzenia, snorkle, stalowe progi i zderzaki, i inne takie. Wszystko robi w nim sam i wszystkiego sam się nauczył. Z moich faktur szyderczo się śmieje, a ja, zażenowany, mówię, że mieszkam w kamienicy i nie mam garażu.
Skrzydłowy
Pomijając jednak techniczne aspekty – to auto ma w sobie gigantyczny ładunek emocjonalny. To jeżdżący manifest i styl życia na kółkach. Budzi szacunek w środowisku offroadowym, ale też ciekawość i sympatię wszędzie tam, gdzie się pojawi. Jeśli pojedziesz nim na kemping na Helu, stanie się zaproszeniem na imprezę do sąsiedniej przyczepy. Mój Instagram pełen jest ludzi, których poznałem na stacji benzynowej. Kanciasty oldboy jest genialnym skrzydłowym. Nie dystansuje, nie krzyczy: „Patrzcie na mnie, tu jestem!”. Ludzie sami do niego lgną, bo chcą poznać jego historię. On sam nie pozostawia złudzeń, że ją posiada. Jeep Cherokee XJ to legenda. To dziedzictwo. Kulturowy symbol. To relikt przeszłości, do której coraz częściej wzdychamy z tęsknotą. On jest prawdziwy. Pytasz, czy warto mieć XJ-ota? A czy warto mieć przyjaciela?


Czytaj więcej