HISTORIA JEDNEGO ZDJĘCIA
Historia jednego zdjęcia: Projekt 400
Mateusz Żuchowski
Zdjęcie: archiwum WM
W połowie czerwca nasze myśli zawsze przyciąga rywalizacja 24h Le Mans – bezsprzecznie największy i najzaszczytniejszy wyścig na świecie. Na przestrzeni ostatnich 102 lat był on świadkiem tworzenia się wielu legend i historycznych wydarzeń, o których zresztą nie raz pisaliśmy już na łamach „Classicauto”. Bardzo rzadko zdarzały się jednak sytuacje, w których ktoś brał udział w tym 24-godzinnym klasyku tylko po to, by zapisać się w tej historii i być wspominanym po latach, tak jak na niniejszej stronie.
Taki cel przyświecał Gérardowi Welterowi i Michelowi Meunierowi – dwóm inżynierom Peugeota, z których zwłaszcza ten pierwszy może być znany Czytelnikom „Classicauto”. W czasie swojej długiej kariery, którą całkowicie poświęcił na rzecz tej jednej marki, Welter odegrał kluczową rolę w projektach modeli 205, 304, 604, Quasar, 405, 406, z ostatnim dziełem w postaci pamiętnego RCZ z 2010 r. Jako prawdziwy pasjonat motoryzacji po godzinach etatowej pracy oddawał się tworzeniu jeszcze innego samochodu – bolidu Grupy C.
Obowiązująca w latach 1982–1993 topowa formuła wyścigów długodystansowych zapewniła kolejny złoty okres tej dyscypliny. Wciągnęła bowiem do gry potwory o mocy sięgającej 800 koni (dzięki powoli oswajanej magii turbodoładowania), które były budowane nie tylko przez Porsche, Mercedesa czy Jaguara, ale też Lancię, Nissana, Toyotę, Mazdę i Astona Martina. Co więcej, przepisy tak skonstruowano, że dawały też szansę na udział w zabawie prywatnym małym zespołom. I z takiej możliwości korzystał też w latach 1976–1989 team WM. Niewielki zespół wiedział, że ma nikłe szanse na zwycięstwo, postanowił zatem zdobyć sławę w inny sposób.
Rozpoczął więc „Project 400”, którego celem było przekroczenie po raz pierwszy w historii granicy 400 km/h na prostej Mulsanne. Z pomocą silników i tunelu aerodynamicznego Peugeota zbudował na wyścig w 1987 r. model P87, który jednak po dotarciu do 356 km/h doznał usterki technicznej. Zespół powrócił rok później z P88. Zakwalifikował się na marnym 36. miejscu, ale nie było w tym nic złego – zdawano sobie sprawę z tego, że kosztem jak najlepszego wyniku na prostych wóz będzie się zachowywał wprost beznadziejnie na zakrętach.
Udział w wyścigu nie szedł gładko. Problemy techniczne z silnikiem unieruchomiły zbudowane domowymi sposobami P88 w boksie na 3,5 godziny, ale twórcom do osiągnięcia celu wystarczyło przecież tylko jedno idealne okrążenie w ciągu doby. Przed powrotem na tor kierowca Roger Dorchy poprosił o podkręcenie turbo do maksimum i popędził przed siebie. Na sześciokilometrowej prostej po przeciwnej stronie od linii startu dopiął swego – osiągnął dokładnie 400 km/h. Na następnym okrążeniu jeszcze poprawił swój wynik i przejechał koło punktu kontroli prędkości z oszałamiającymi 407 km/h (wynik później został oficjalnie zapisany jako 405 km/h na prośbę Peugeota, który w ten sposób chciał wykorzystać wyczyn swoich pracowników do promocji debiutującego akurat modelu 405).
Jak można się spodziewać, P88 wkrótce powróciło do boksu ze względu na problemy z doładowaniem i przegrzewaniem, ale to już nie miało znaczenia. Fakt, że prototyp zbudowany po godzinach w prywatnym garażu dwóch entuzjastów ustanowił rekord – i to taki rekord – jest jedną z najbardziej niesamowitych historii związanych z legendarnym wyścigiem 24h Le Mans.


Czytaj więcej