Człowiek i samochód
Kufer pełen wspomnień: Adam i jego Mercedes W124

Mercedes 124 – marzenie z dzieciństwa. Samochód, który z czasem tylko zyskuje. I polskie góry, miejsce ukojenia. Dwie pasje Adama paradoksalnie mają wiele wspólnego.

Adam Mikuła
Każda motoryzacyjna pasja ma swój początek. Czasem to sprezentowany resorak, jakiś szczególny samochód dostrzeżony na ulicy, folder przyniesiony z salonu, może fajny film. U mnie wszystko zaczęło się od rajdów. Były lata 90., miałem kilka, później naście lat, wychowywałem się na Dolnym Śląsku. Tam też organizowano Rajd Polski oraz Rajd Elmot. Dla mnie i kolegów zajaranych samochodami to zawsze było prawdziwe święto. Kręte szosy pośród pięknych górskich krajobrazów i rajdówki, które cięły powietrze jak szalone.
Adam mikuła
Pamiętam, jakby było to wczoraj. Początkowo na rajdy zabierał mnie starszy brat. Oczywiście, był w tym smak zakazanego owocu – bywało, że imprezy odbywały się w roku szkolnym i słyszałem przez okno w szkole, jak kierowcy wyjeżdżali na zapoznanie się z trasą. Symulowałem wtedy ból brzucha i urywałem się z lekcji, by być bliżej tego wszystkiego. Chciałem poczuć tę adrenalinę, choć jako dzieciak nawet nie wiedziałem, że coś takiego istnieje. Zobaczyć znanych kierowców i samochody oklejone nazwami markowych firm. A przede wszystkim nasycić się całą zmysłową otoczką rajdów: rykiem silników, piskiem opon, nawet zapachem spalin.
I jak to dzieciak, niejeden raz bezwstydnie wywalczyłem jakąś pamiątkę od załóg, które wtedy startowały. Zebrałem ich sporą kolekcję. Czasami w szkole albo w domu miewałem problemy, ale te emocje były ważniejsze. Lubiłem pokopać piłkę, nie odmawiałem sobie (i kolegom) wychodzenia na podwórko, jednak prawda jest taka, że… wolałem bawić się matchboxami, które wtedy dostawało się na specjalne okazje, od wielkiego dzwonu – te maleństwa niesamowicie pobudzały wyobraźnię.
Adam mikuła
Pasja szybko kiełkowała, pewnie tak samo, jak u wielu Czytelników „Classicauto”. W tamtych czasach wiele dzieciaków oglądało się za niemal każdym zachodnim samochodem napotkanym na ulicy, a gdy spotkało się jakieś fajne zaparkowane auto, obowiązkowo trzeba było zajrzeć przez szybę, żeby sprawdzić, ile ma na liczniku.
124, lecz takie mniej oczywiste
Był wśród tych aut model, który szczególnie utkwił mi w pamięci. Pewnego dnia na moim osiedlu zobaczyłem Mercedesa W124. Wiadomo, jak wyglądały wtedy parkingi na polskich blokowiskach: Maluchy, Polonezy, Duże Fiaty, Żuki. Przeważała krajowa motoryzacja. Całkiem świeży Mercedes był widokiem jakby z innego, lepszego świata – zwłaszcza jeśli uwzględni się stylistykę nieodżałowanego Bruna Sacca, który… myślę, że ukształtował (dosłownie) motoryzacyjne marzenia niejednego z nas.
Adam mikuła
124 było już wtedy na rynku ładne parę lat, ale dzięki liftingowi wciąż wyglądało nowocześnie, miało dopracowaną aerodynamikę (współczynnik oporu powietrza sedana od 0,28), no i ta solidność – czuć ją było nawet na postoju. Jest zresztą w tym samochodzie coś, co doceniam do dziś – powściągliwość. Widać, że to porządny wóz, ale on tym nie krzyczy, nawet chromowane dodatki są bardzo subtelne. Dzięki temu pięknie się zestarzał.
Może był to mało oczywisty motoryzacyjny obiekt marzeń dla młodego chłopaka, ale mijały lata, a ten Mercedes wciąż siedział mi w głowie. Wiedziałem, że chcę go mieć. Śledziłem ogłoszenia i fora, poradniki zakupowe. Wreszcie przyszedł czas, gdy mogłem to marzenie spełnić. W 2015 r. kupiłem swoją „124-kę”, ale nie sedana. Mój wybór padł na zadbane kombi (S124) z 6-cylindrowym silnikiem, w bardzo klasycznej konfiguracji, która podkreśla charakter tego modelu.
Adam mikuła
I jak to w życiu bywa, droga do spełnienia marzenia była wyboista, ale przeszkody wcale nie ustąpiły w momencie zakupu (śmiech). Moje 124 pochodzi z Japonii, miało mały przebieg, lecz nie oznaczało to, że od razu wszystko było idealnie. Z jednej strony nadwozie i wnętrze wyglądały bardzo świeżo, z drugiej – w początkowym okresie wiele części zużytych ze zwyczajnej starości wymagało wymiany, gdyż auto więcej stało, niż jeździło. Nie były to poważne kwestie, zna je zapewne wielu „mercedesiarzy”. Wtedy, przyznam, pomogły mi zdobyte wcześniej informacje o tym modelu, rozeznanie wśród mechaników, a jeszcze bardziej – życzliwi ludzie poznani w motoryzacyjnym świecie, którzy podpowiedzieli, którą markę części wybrać albo który warsztat i jak radzić sobie z pewnymi usterkami.
Adam mikuła
Mimo wszystko cieszyłem się z tego auta jak dziecko od pierwszego dnia i do dziś patrzę na nie z dumą. Przyszedł zresztą na szczęście taki czas wysycenia, tzn. uporałem się ze znakomitą większością bolączek i wszedłem w tryb bezproblemowej eksploatacji i niemyślenia o niedomaganiach. Od tamtej pory, pomijając regularne coroczne serwisy, w ramach których na bieżąco usuwam jakieś niedomagania, jeżdżę tym kombi bezawaryjnie i wiem, że w każdej chwili mogę na nie liczyć, nawet jeśli ma to być długa wakacyjna podróż.
Przez te 10 lat wiele się zmieniło. Ładnych „124-ek” ubywa, a pierwsze egzemplarze tego modelu są już po czterdziestce. Był czas, kiedy mówiło się jeszcze: „zwyczajne stare kombi Mercedesa”; dziś to młody klasyk, który często budzi pozytywne emocje – są uśmiechy wymieniane w korkach i krótkie pogawędki na stacjach benzynowych. Nawet robiąc zdjęcia do tego materiału, spotkałem grupkę osób zainteresowanych moim Mercem. Najważniejsza jest dla mnie jednak więź, którą wytworzyliśmy z tym samochodem. Towarzyszył mi w wielu chwilach życia, był świadkiem dorastania moich dzieci, rozwoju w pracy – siadam za kierownicą i te wspomnienia są w nim jakby zaklęte.
Adam mikuła
Niemiecka klasyka
W ramach zawodowych zobowiązań często mam okazję jeździć nowymi samochodami różnych klas i – można wierzyć lub nie – pod względem komfortu „124-ka” wciąż nie ma się czego wstydzić. Relatywnie nieduże koła i bardzo dopracowane zawieszenie sprawiają, że sprawnie i cicho filtruje zarówno pojedyncze dziury czy wyrwy, jak i dłuższe nierówności. Jednocześnie – co zadziwiające – pewnie się ją prowadzi. To dla mnie jedna z wizytówek Mercedesów – uważa się je za „kanapy” i owszem, mają nieangażujące układy kierownicze, przechylają się, jednak w podbramkowych sytuacjach okazują się zaskakująco posłuszne.
Są i wady, gdyż pod względem wygłuszenia wiele współczesnych aut poszło do przodu. W 124 jest pod tym względem raczej przeciętnie – brakuje piątego biegu, a w kombi dodatkowy szum generują relingi. Wrażliwi na hałas powinni pomyśleć o klasie S z serii 140. Trzeba też uwzględnić to, że wbrew pozorom 220-konny silnik w kombi z pasażerami i bagażem jest w sam raz. Z dołu samochód przyspiesza w stonowanym tempie, a dynamiczniejsza jazda wymaga wyższych obrotów. Dużo żwawszy jest, gdy jeżdżę sam. Z drugiej strony szlachetne, dyskretne brzmienie tej rzędowej „szóstki”, jej wysoka kultura pracy i niemal aksamitna zmiana biegów 4-stopniowego automatu bardzo korzystnie wpływają na komfort podróżowania.
Taki jest ten samochód: bezpieczny i wygodny, a przy tym intuicyjny. Dotyczy to zarówno pracy układu kierowniczego, łagodnej reakcji przepustnicy, tłumienia, jak i obsługi. Fakt, nie znajdziemy tu praktycznie żadnych nowoczesnych funkcji poza klimatyzacją oraz elektryką szyb i lusterek, ale… nierzadko, gdy przesiadam się z nowego auta z 1, 2, 3 ekranami, czuję prawdziwą ulgę. Jedna funkcja – jeden przełącznik. Do bólu przejrzyste zegary. Nachylona konsola, tak aby wszystko, co najważniejsze, było pod ręką. Świetna widoczność i doskonały montaż. Nie mam tu na myśli wąskich szczelin ani mięciutko zamykających się drzwi – te w 124 wymagają przyłożenia pewnej siły i tak samo jest w W140 czy W129. Jednak na tle innych 20-, 30-, 40-letnich samochodów Mercedesy starzeją się bardzo powoli, wytrzymując próbę czasu – od tworzyw wykończeniowych (pomijając boczek fotela) przez mechanikę po lakier. To jakość, którą czuć już w momencie chwycenia za klamkę.
Adam mikuła
Tam, gdzie chce się wracać
Dlaczego kombi, a nie sedan? Chciałem mieć użytkowo-wyprawowe wydanie W124. Lubię jeździć, nierzadko muszę dojeżdżać na sesje poza Warszawę, ale regularnie korzystam z Mercedesa także w celach turystycznych. Wychowałem się w górach, spędzałem dużo czasu na łonie natury i to mnie jakoś zdefiniowało. Piesze wędrówki z kumplami, górskie wyprawy rowerem czy wycieczki szkolne pozwoliły mi poznać najbliższe kąty. Tak naprawdę nie było potrzeby, żeby wyjeżdżać gdzieś dalej.
I choć od dawna nie mieszkam już tam, skąd pochodzę, moje serce wciąż wyrywa się do okolic rodzinnego domu. Zawsze, gdy wracam w tamte strony, po prostu muszę pojechać w swoje ulubione miejsca w górach. Zdobyłem tam już każdy szczyt, ale dziś wciąż czerpię z tego frajdę – każda wizyta jest inna, począwszy od aury i pory roku aż po światło i dźwięki. A zimą nie odmawiam sobie przyjemności jazdy na nartach.
Te sentymentalne powroty od dawna są dla mnie niezawodną receptą, by się wyciszyć i zatrzymać. Pośród tej ciszy, pośród zapierających dech w piersiach widoków (jakkolwiek to wyświechtane określenie, właśnie takie są w górach), wyrzeźbionych przez samą matkę naturę, gdzie człowiek jest ledwie mgnieniem. I gdy już tam jestem, po pewnym czasie przychodzi moment, kiedy czuję się zgrany ze sobą i mogę z nową energią ruszyć naprzód.
Teraz, gdy piszę ten tekst, to samo myślę o... swoim Mercedesie. W górach potrafię się nieźle zmęczyć i on też potrafił mnie nieźle zmęczyć, kiedy walczyłem z jakimiś – głównie bardzo drobnymi – usterkami, zwłaszcza gdy próbowałem uporać się z nimi samodzielnie. Z drugiej jednak strony to majsterkowanie, kombinowanie z dala od pracy, od smartfona, a wreszcie pomyślny efekt, dawały mi poczucie szczęścia. Podobnie jest z jazdą – nawet krótka wyprawa do sklepu albo rodzinny wypad za miasto za kierownicą Mercedesa potrafią zrelaksować. Ten samochód napełnia mnie pogodą, przypomina o wielu dobrych chwilach. Także o pracy, której wymagał. Chyba najprościej będzie napisać: kurde, ja po prostu kocham swoją „124-kę”.


Czytaj więcej